Doszliśmy do ściany. Czas przewrócić stolik!

Posted on Kwi 2 2020 - 12:50am by admin

Wybory w maju, to ruletka i prawie na pewno się nie odbędą. Bardzo chce ich prezes PiS Jarosław Kaczyński, jednak szansa na ustanie epidemii jest minimalna. Wybory za rok to głosowanie w trakcie kryzysu ekonomicznego, który po pandemii koronawirusa niewątpliwie nastąpi. Dlatego warto może rozważyć z pozoru szalony pomysł, czyli organizację wyborów za dwa, lub trzy lata? Bo skoro doszliśmy w naszej debacie publicznej do ściany, może czas wreszcie wywrócić stolik…

Zaprzysiężenie Andrzeja Dudy na Prezydenta RP, 6 sierpnia 2015 roku. fot. Fot. By Kancelaria Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=42390531

Pandemia koronawirusa wpływa (fatalnie) na światową i polską gospodarkę, ale też na politykę. Pod znakiem zapytania stoją wybory prezydenckie, zaplanowane na 10-go maja 2020 roku. Przedstawiciele rządzącego Prawa i Sprawiedliwości przekonują, że nie ma prawnych przesłanek do przesunięcia wyborów (aby to się stało musiałby być wprowadzony któryś ze stanów nadzwyczajnych – wojenny, wyjątkowy, lub klęski żywiołowej). Jednocześnie przeforsowali (w kontrowersyjnych okolicznościach) zmiany w kodeksie wyborczym. Zmiany te zakładają możliwość głosowania korespondencyjnego dla osób, które najpóźniej w dniu głosowania ukończyły 60. Lat oraz dla osób w przymusowej kwarantannie. Opozycja ostro protestuje – mówi o złamaniu reguł demokracji, chce przełożenia wyborów na jesień. Tego uniknąć chce PiS, argumentując, że jesienią wirus może powrócić. Pomysł przeniesienia wyborów na lato jest z kolei o tyle trudny do przeprowadzenia, że latem epidemia może jeszcze trwać.
Lider Polskiego Stronnictwa Ludowego i kandydat tego ugrupowania na prezydenta RP Władysław Kosiniak-Kamysz przekonuje, że wybory należy przesunąć na przyszły rok, co spowodowałoby przedłużenie kadencji urzędującego prezydenta – Andrzeja Dudy. Wiązałoby się też ze zmianą Konstytucji. Innym rozwiązaniem, na razie nie branym pod uwagę przez komentatorów jest przedłużenie kadencji i opóźnienie głosowania nie o rok, miesiąc, czy pół roku, ale o… dwa lata. Rozwiązanie to ma pewne plusy. A może wydać się atrakcyjne biorąc pod uwagę wady pozostałych pomysłów. Bo jakie warianty leżą dziś na stole?

Pierwszy – PiS „siłowo” przeforsowuje głosowanie w terminie, czyli 10-go maja. Oczywiście – prawnie na dzień dzisiejszy, nie wprowadzając stanu wyjątkowego partia rządząca miałaby rację. Jednak jest jeszcze odbiór społeczny. Wyborów nie chce aż 80 proc. Polaków. W tym spora część wyborców PiS. Podziały w tej sprawie są widoczne także w partii rządzącej. Najpewniej majowe głosowanie w pierwszej turze wygrałby Andrzej Duda. Jego mandat byłby jednak bardzo słaby. Co rusz podważany przez przeciwników, szczególnie w momencie spodziewanego wielkiego kryzysu, który niebawem nastąpi. Bo w scenariusz, w którym po świętach epidemia całkowicie wygasa, jest jeszcze miesiąc na kampanię, nie wierzy już chyba nikt.

Wariant drugi – wprowadzony zostaje stan klęski żywiołowej bądź stan wyjątkowy. Wybory przesunięte są na jesień. To rozwiązanie ma dwie wady. Z jednej strony, zdaniem części ekspertów jesienią wirus może powrócić. Być może w łagodniejszej, być może w bardziej zjadliwej formie. Z drugiej strony, będzie to akurat mocne uderzenie kryzysu gospodarczego, który po epidemii nastąpi. I tym razem z kolei termin służyć będzie najradykalniejszym populistom.

Trzeci wariant – wybory przesunięte na lipiec. To rozwiązanie lepsze niż dwa poprzednie. Jednak wakacje nie są dobrym terminem organizowania wyborów.

Czwarty wariant – przesunięcie wyborów o rok. To rozwiązanie o tyle ryzykowne, że za rok wciąż będziemy jako kraj w gospodarczym kryzysie. A więc wybory w tym czasie byłyby niewygodne zarówno dla rządu (kandydat partii rządzącej niechybnie by przegrał) jak i dla opozycji (branie odpowiedzialności za państwo w dobie kryzysu, po kimś, jest zawsze mało komfortowe).

Dlatego wartym rozważenia jest czwarty wariant, czyli przesunięcie głosowania o… 2 lata, lub 2,5 roku. Wiązać by się to musiało ze zmianami w Konstytucji. Polegałyby one na wydłużeniu kadencji obecnego prezydenta, ale ograniczeniu do tylko jednej kadencji. A więc po dłuższej, siedmioletniej kadencji, prezydent kończyłby swoje urzędowanie, dostawałby np. emeryturę i mandat w Senacie. Siedem lat – to czas kadencji prezydentów II RP, a więc jest za zmianą argument historyczny. Są też jednak inne, znacznie ważniejsze.

Po pierwsze – dzięki konsensusowi wybory i walka polityczna w czasie pandemii i zaraz po niej schodzą na dalszy plan

Po drugie – cały wysiłek państwa skupia się na walce z pandemią

Po trzecie – zyskuje opozycja, która będzie mogła rozliczyć rząd za to, jak poradzi sobie z gospodarczym kryzysem po ustaniu pandemii

Po czwarte – zyskuje partia rządząca – bo wybory nie odbywają się w najgorszym czasie kryzysu, ale po nim, bądź po jego najgorszym uderzeniu. Na rządzie spoczywa odpowiedzialność za to, jak z kryzysem sobie poradzi

Po piąte – po wyborach nowego prezydenta zostaną miesiące do kolejnych – parlamentarnych i samorządowych. Albo partia rządząca poradzi sobie z pandemią i kryzysem po niej, utrzyma władzę, albo przejmie ją kto inny. Ale jasna będzie odpowiedzialność i klarowna będzie sytuacja.

Można też rozważyć jeszcze bardziej szalony wariant i głosowanie w ogóle przenieść na rok… 2023. Obecny prezydent (na mocy zmian konstytucji) nie mógłby już być wybrany ponownie, za to kadencję miałby naprawdę długą (tyle co dwie kadencje Sejmu, lub prezydenta USA). Jednocześnie wybory prezydenckie odbyłyby się RAZEM z parlamentarnymi i samorządowymi, a to oznaczałoby, że zwycięzca brałby pełną pulę. Sprawa byłaby czysta – rządzący radzą sobie z pandemią, a potem suchą stopą przeprowadzają przez kryzys? Mają wielką szansę na reelekcję. Nie radzą sobie? Wtedy wszelkie atuty są po stronie opozycji.

Czy rządzący są w stanie dogadać się z opozycją i porozumieć w sprawie zmiany terminu wyborów? O optymizm jest trudno. Ale niech żywi nie tracą nadziei – jak pisał poeta. Bo jedno nie ulega wątpliwości – żenujące spory polityczne są ostatnią rzeczą, którą w czasie pandemii i u progu załamania gospodarczego potrzebujemy.

 

Leave A Response